Smutek czy depresja?

Smutek czy depresja?

W głowie się nie mieści”… To był to film dla dzieci, ale to towarzyszący im mamy i tatusiowe wychodzili ze szklistymi oczami i pociągając nosem…

Co się dzieje w głowie małego człowieka, kiedy w jego życiu następuje Wielka Zmiana? Kiedy nagle traci to, co dla niego najważniejsze?

W filmie widzimy to tak: w dramatyczny sposób przeobraża się cała tworzona do tej pory mapa psychiczna. Całe struktury się rozpadają, podświadomość szaleje…

A wśród tego wszystkiego próbują odnaleźć się prawdziwi bohaterowie tej opowieści  ̶̶  emocje. Radość, Złość, Strach, Odraza i Smutek.

No właśnie. Smutek.

 

smutek

 

Smutek jest… smętny. Jękliwa postać wylewająca oceany łez. Kiepski materiał na bohatera.

A jednak, gdy cały system chwieje się w posadach, gdy rezolutna i dzielna Radość nie potrafi już opanować sytuacji, okazuje się, że to Smutek ratuje całą psychikę.

Równowaga zostaje przywrócona.

To bardzo mądry i wzruszający film. I mówi ważną prawdę, którą powinno znać każde dziecko, a która wcale nie jest oczywista dla wielu z nas, dorosłych: smutek jest nam potrzebny.

 

Smutek jest całkowicie naturalną i zdrową reakcją na stratę

 

A straty przydarzają nam się ciągle.

Straty mniejszego i większego kalibru: nagle okazuje się, że firma już nas nie potrzebuje, mąż przychodzi z pracy i oznajmia nam, że resztę życia chce spędzić z kimś innym, ulubiony lasek w pobliżu nagle przestaje istnieć, bo właściciel terenu postanowił wykorzystać nowe przepisy…

Sednem życia jest zmiana. A po każdej zmianie coś za sobą zostawiamy.

Potrzebujemy czasu, żeby przeżyć po tym żałobę.

Jest nam smutno, odczuwamy ból.

Ten ból musi potrwać jakiś czas, jest zjawiskiem naturalnym. Czasem potrzebujemy wsparcia, ale jeśli jesteśmy względnie zdrowi, pozwalamy sobie przez to przejść.

Przestajemy się zajmować tym, co straciliśmy, zaczynamy się zajmować czymś innym.

Nie można ominąć procesu żałoby. Gdy ktoś próbuje usunąć związane z nim trudne emocje, to one wrócą. Często w postaci prawdziwej depresji.

 

Smutek to emocja bogata i głęboka

 

Sprawia, że czujemy się pełni życia mimo, że cierpimy (znasz to poczucie pełni, które pojawia się po obejrzeniu dobrego, choć bardzo smutnego filmu czy sztuki?).

Kiedy głęboko odczuwamy smutek, jesteśmy bardzo wrażliwi, bardzo delikatni. Bliżej nam do innych ludzi i lepiej rozumiemy ich cierpienie.

Mamy świadomość ciała i tego, co się dzieje wokół nas.

A jeśli człowiek próbuje odciąć się od tego uczucia, pozostaje w nim martwota, pustka, brak energii i autentycznych więzi emocjonalnych z innymi ludźmi. Odcina się od wszystkiego  ̶  łącznie z własnym ciałem.

 

Depresja to często pustka, nie smutek

 

Depresja to nicość. Pustka, w której nic nie rośnie i nic się nie zmienia.

Kiedy jest się w depresji często nie czuje się prawdziwego smutku. Depresja może wręcz służyć do tego, żeby smutku nie przeżywać.

Człowiek odcina się przy tym od całej reszty uczuć, a kiedy one zamierają, człowiek staje się w środku jakby martwy. Trudno się dziwić,  że nic mu się nie chce…

Można powiedzieć, że o różnicy decyduje to, czy człowiek „czuje się martwy” czy „żywy”.

Leczenie depresji to często skontaktowanie się z tymi mocnymi, żywymi uczuciami, które zostały wypchnięte: ze smutkiem, ze złością, z głębokimi potrzebami..

 

Boli. Ale przestanie

 

Dlatego pozwól sobie na przeżywanie smutku. Smutek nie oznacza słabości  ̶  oznacza, że jesteś pełna (pełen) życia.

 

smutek

 

Nie jest łatwo zaprzyjaźnić się ze smutkiem, ale kiedy to zrobimy, stajemy się zdrowsi, bardziej zintegrowani, bardziej współczujący i bardziej autentyczni.

Kiedy przestajemy walczyć ze smutkiem związanym ze stratą otwieramy się na najważniejszą lekcję, jakiej smutek może nas nauczyć  ̶  lekcję mówienia tak.

Mówienia tak zmianie  ̶  we wszystkich jej odsłonach.

Mówienia tak wzrostowi, rozwojowi.

Mówienia tak życiu…

 

 

 

Tu i teraz − co robić, gdy jest trudno…

Tu i teraz − co robić, gdy jest trudno…

Łatwo przekonywać do tego, żeby być tu i teraz i odnajdywać bogactwo kryjące się w każdej chwili…. gdy ta chwila jest przyjemna.

(Jesz pierwsze prawdziwe, czerwcowe truskawki…
Pijesz gorącą kawę z kardamonem…
Pływasz w jeziorze w gorący lipcowy wieczór, słońce zachodzi i pachnie tak, jak powinno pachnieć powietrze latem: sosny, suszące się siano − żadnego smogu…
„Teraz” mogłoby trwać wiecznie).

Łatwo też przekonywać do tego, żeby wracać do tu i teraz, gdy robimy zwykłe, codzienne czynności. Sprzątanie, mycie naczyń, robienie zupy może wtedy dostarczyć zaskakująco dużo radości.

Trudniej przekonywać do tego, żeby być tu i teraz, gdy wcale nie jest tak dobrze…

 

Co, jeśli „tu i teraz” wcale nie jest przyjemne?

 

Co, jeśli każda komórka naszego ciała krzyczy: Nieee! Uciekaj!

Nie chcemy tego czuć, nie chcemy tego doświadczać.
Tak się boimy bólu, że w panice szukamy sposobu, żeby go zagłuszyć.
Włączyć telewizor?
Zjeść ciastko z kremem?
Może coś wziąć, wypić, zasnąć?
Żeby choć na chwilę oderwać się od tego, co wydaje się nieprzyjemne..

Czy wtedy też warto wracać do tu i teraz?

Czy warto w pełni przeżywać nieprzyjemne doświadczenia?

Uważam, że tak, chociaż wiem, że nie jest to takie proste…

Spróbujmy zbadać sprawę.

 

Po pierwsze:

 

1. Czy to, czego doświadczasz jest naprawdę “złe”, “nieprzyjemne”, “nudne”?

Sprawdź!

Zwykle całej rzeczywistości nadajemy etykietki:

To jest dobre, to jest złe.
Tego nie lubię.
Z tym nie chcę mieć nic wspólnego.
To mnie nie obchodzi.

Dzielimy rzeczy, ludzi, zjawiska, uczucia na te, które nam się podobają (na przykład lipcowy, ciepły wieczór) − wtedy chcemy je zagarnąć i utrzymać przy sobie jak najdłużej.

I na te, których nie chcemy i od razu odrzucamy (na przykład listopadowy, deszczowy poranek).

Całą resztę ignorujemy.

A rzeczywistość jest jaka jest. To my nadajemy jej cechy, które wydają nam się obiektywne.

Jeśli wejdziemy w deszczowy, listopadowy poranek z otwartym umysłem, bez uprzedzeń, bez z góry założonego ”jak ja nienawidzę wychodzić w jesienne, deszczowe dni takie jak ten”, doświadczenie może się okazać ciekawe, barwne i wcale nie nieprzyjemne..

Nie wierzysz?

A zdarzyło ci się wychodzić w paskudny deszczowy dzień, kiedy byłeś zakochany?

 

tu_i_teraz2

 

Po drugie:

 

2. Opór przynosi cierpienie

 

Może zdarzyło ci się kiedyś bardzo bać się jakiejś sytuacji.
I, ku twojej rozpaczy, najgorsze faktycznie się wydarzyło.

I wtedy… okazało się, że nie jest aż tak strasznie. W samym środku, w oku cyklonu, po prostu robiłeś to, co trzeba. Tak naprawdę dużo trudniejszy do zniesienia był wcześniejszy strach…

Podobnie jest z trudnymi, bolesnymi emocjami.

Tak naprawdę największy ból i cierpienie spowodowane są naszym oporem, walką z tym, co jest.
Tym, że tak bardzo tego nie chcemy.
I tym, że tak bardzo chcemy czegoś innego.

Nie zrozum mnie źle. Nie chodzi mi o pławienie się w cierpieniu. Nie chodzi o to, że mamy zaprzestać wysiłków, żeby zmienić niedobrą sytuację.

Chodzi o to, żeby kiedy już czujemy się źle, faktycznie skontaktować się z tym uczuciem. Poczuć energię emocji, nie tłumić jej za wszelką cenę.

Wtedy często ta energia wypala się i zmienia w coś innego. Tworzy się przestrzeń na zmianę.

 

3. Jak się z tym skontaktować?

 

Zazwyczaj trudno nam się skontaktować z uczuciem, bo jesteśmy całkowicie w naszej głowie. Zwłaszcza w trudnych momentach gonitwa myśli całkowicie nas pochłania.

To rozkręca emocję jeszcze bardziej, ale wcale nie pomaga w pełni doświadczyć jej energii.

Sztuka w tym, żeby poczuć emocję, nie rozkręcając historii, która jej towarzyszy.

Tego: Jak on mi mógł to zrobić….
Nie dam rady…
Kiedy ją spotkam powiem jej , że…

Tak, wiem, że to trudne. Zwłaszcza jeśli zdarzy nam się coś naprawdę ciężkiego, historia oplata nas jak wąż dusiciel − nie sposób się jej pozbyć. Ciągle od nowa powracają te same teksty, te same dialogi, ciągle manifestowana jest ta sama krzywda… Tak jakby powtarzanie jej w myślach mogło przynieść ulgę. Oczywiście nie przynosi…

Dlatego warto zacząć trenować na łatwiejszych przypadkach.

 

Jak to zrobić?

Kiedy czujesz dyskomfort, skoncentruj się na uczuciu. Na tym, gdzie odczuwasz je w ciele.
W jaki sposób je odczuwasz.
Zauważ myśli, jakie się pojawiają i wróć z powrotem do doznań z ciała, do energii emocji.
Przyjmij je, zamiast z nimi walczyć.

To, o dziwo często pomaga…

 

4. Akceptowanie tego, co jest

 

Akceptacja. To słowo, które budzi w tym kontekście kontrowersje.
Bo jak można zaakceptować coś, co jest bolesne?

Ale spójrzmy jaki mamy wybór…

Opcja numer dwa to ucieczka. Nic właściwie nie zmienia. Ucieczka od emocji to ich tłumienie − wtedy schodzą do podziemia i stamtąd sabotują nasze życie. Albo odreagowanie − często nieadekwatne, niechciane, niekontrolowane.

Opcja numer trzy to walka.

Na pozór brzmi bardziej atrakcyjnie.
Mówi się przecież „walka z chorobą”, „walka ze swoją słabością”.
Wszystko to, co w nas niechciane mamy „pokonać”.

Ale walka zazwyczaj wzmacnia to, z czym walczymy. Wkładamy w walkę mnóstwo energii, a ona, o dziwo wydaje się zasilać również naszego „przeciwnika”.

Czasem się udaje. Wygrywamy. Ale za jaka cenę?

Często ceną jest zduszenie w sobie, czegoś, co bardzo chce się wydobyć. Jakaś część nas zostaje odcięta. Nie znika − po prostu zostaje zepchnięta “do piwnicy”…

Tak naprawdę to akceptacja jest punktem wyjścia do zmiany.

W psychoterapii ma to nawet swoją nazwę: “paradoksalna teoria zmiany”.

Bo to zaskakujący paradoks, że żeby naprawdę coś zmienić, wcześniej trzeba zaakceptować to, co jest TERAZ….

 

………………………………………………..

W powietrzu czuć już wiosnę:) Jeśli jesteś jesteś kobietą, jesteś z Krakowa i chciałabyś w tym  niezwykłym czasie być częściej tu i teraz, zapraszam Cię na cykl 4 spotkań z psychologią kontemplatywną. Będzie medytacja oparta na uważności, autentyczna komunikacja, mindfulness w działaniu, compassion (współczucie/współodczuwanie) − wobec siebie i innych. Tu można się zapisać>> 

 

 

 

Wewnętrzny Sabotażysta

Wewnętrzny Sabotażysta

Chcę się zamknąć, skulić, głowę wsadzić w koc.

Jeść ciastka z kremem, żeby się ukoić (w takich momentach uważam, że należą mi się ciastka, grzanki i gorąca czekolada).

Patrzę w lustro bez cienia współczucia - bardzo nie dorastam do swoich wyobrażeń. Komuś takiemu można tylko dokopać jeszcze bardziej. Zasługuje na to.

Wystarczy pokochać siebie.

Kogoś, kto spróbowałby mnie wesprzeć takim zdaniem chętnie kopnęłabym w kostkę.

Też to znasz?

Nazywam to Wściekłym atakiem Wewnętrznego Sabotażysty.

Poznałam Wewnętrznego Sabotażystę dawno temu. Pojawiał się w moim życiu co jakiś czas i gładko rozkładał mnie na łopatki.

Szukałam więc sposobów, jak go podejść. Załatwić. Wykończyć.

Znalazłam jednak coś trochę innego.

Chciałabym się tym dzisiaj z Tobą podzielić.

1. Medytacja

 

No tak, ja znowu o tym samym;)

Wcale jednak nie chcę przekonywać cię o tym, że medytacja jest magicznym lekiem na niechciane emocje. Wcale nie sprawia, że nagle przepełnia nas błogi spokój, wokół fruwają tęczowe motyle a z nasza twarz promienieje szlachetnym blaskiem.

Ale.

Ja dzięki medytacji nauczyłam się m.in. że ani moje myśli, ani moje emocje nie są MNĄ. Przychodzą i odchodzą. Są jak pogoda w kwietniu. Czasem słońce, czasem deszcz, a czasem po prostu zima zła. Ale gdzieś tam w górze, ponad chmurami, zawsze świeci słońce. I można do niego dotrzeć.

 

saBOTQA2

 

2. Łagodność wobec siebie

 

To jest trudniejsza część (choć wiąże się z poprzednią).

Przez wiele lat uczestniczyłam w warsztatach, słuchałam nauk, czytałam mądre książki.
Wszędzie mówiono, że trzeba pokochać siebie. Obdarzać się miłością, szacunkiem…
Kiwałam głową, uśmiechałam się i byłam przekonana, że mam to już załatwione.

Do momentu, kiedy w moim życiu nie wydarzył się prawdziwy kryzys. Poczułam wtedy, że ta moja przyjaźń wobec siebie to lipa. Atrapa, która przy byle okazji rozpada się z łomotem spróchniałych desek.

Postanowiłam się przyjrzeć temu dogłębnie w trakcie terapii. Wtedy zdałam sobie sprawę, że sama się okłamuję. Że pod tą lukrowaną powłoką… ja tak naprawdę nie lubię siebie. Bardzo.

Wielką rzeką wypłynął ze mnie smutek.

A potem pojawiła się tkliwość i delikatność. Ciepło i współczucie.

Dopiero wtedy zrozumiałam naprawdę, o co chodzi w tych naukach.
(Zrozumiałam, ale nie głową: poczułam się jak Kaj, któremu roztopił się sopel w sercu).

Ataki Wewnętrznego Sabotażysty nie ustały, ale stały się rzadsze.

I zyskałam potężnego sprzymierzeńca.

Wiesz, jak to jest mieć takiego sprzymierzeńca?

To trochę tak, jakbyś toczył(a) walkę na pięści z przeciwnikiem, górującym nad tobą masą i innymi parametrami. I na dodatek nie walczącym czysto. Ale kiedy po morderczej rundzie schodzisz do narożnika, jest tam dobry trener: twoja troskliwa, opiekuńcza część. Ociera ci z czoła krew i pot, z pasją szepcze do ucha słowa pociechy i wsparcia i zagrzewa do następnej rundy.

3. Zaprzyjaźnić się z Sabotażystą

Pierwszy krok to świadomość, drugi to akceptacja.
Nathaniel Branden

 

Teraz, po latach pracy nad sobą, wiem jeszcze jedną bardzo ważną rzecz: walka nie jest najlepszym sposobem postępowania z Wewnętrznym Sabotażystą.

Następny, bardzo ważny krok to wsłuchanie się w ten prastary ból. Zobaczenie go ze wszystkich stron. Obwąchanie. Poznanie. Czasem to poznawanie może być dłuższym procesem, który można odbyć z towarzyszeniem terapeuty. Pomóc może zastosowanie pracy takiej, jak opisuje Allione Tsultrim w książce Nakarmić swoje demony (przedstawia tam starą, buddyjską praktykę, którą łączy z metodami zachodniej psychoterapii).  

A potem może się uda objąć łagodnie i tkliwie także tego starego, znienawidzonego wroga.

 

 

*Uwaga: to może być depresja! Jeśli takie stany trwają dłużej, warto poszukać pomocy.

 

fot: Jem Yoshioka

 

 

 

Pin It on Pinterest