Smutek czy depresja?

Smutek czy depresja?

W głowie się nie mieści”… To był to film dla dzieci, ale to towarzyszący im mamy i tatusiowe wychodzili ze szklistymi oczami i pociągając nosem…

Co się dzieje w głowie małego człowieka, kiedy w jego życiu następuje Wielka Zmiana? Kiedy nagle traci to, co dla niego najważniejsze?

W filmie widzimy to tak: w dramatyczny sposób przeobraża się cała tworzona do tej pory mapa psychiczna. Całe struktury się rozpadają, podświadomość szaleje…

A wśród tego wszystkiego próbują odnaleźć się prawdziwi bohaterowie tej opowieści  ̶̶  emocje. Radość, Złość, Strach, Odraza i Smutek.

No właśnie. Smutek.

 

smutek

 

Smutek jest… smętny. Jękliwa postać wylewająca oceany łez. Kiepski materiał na bohatera.

A jednak, gdy cały system chwieje się w posadach, gdy rezolutna i dzielna Radość nie potrafi już opanować sytuacji, okazuje się, że to Smutek ratuje całą psychikę.

Równowaga zostaje przywrócona.

To bardzo mądry i wzruszający film. I mówi ważną prawdę, którą powinno znać każde dziecko, a która wcale nie jest oczywista dla wielu z nas, dorosłych: smutek jest nam potrzebny.

 

Smutek jest całkowicie naturalną i zdrową reakcją na stratę

 

A straty przydarzają nam się ciągle.

Straty mniejszego i większego kalibru: nagle okazuje się, że firma już nas nie potrzebuje, mąż przychodzi z pracy i oznajmia nam, że resztę życia chce spędzić z kimś innym, ulubiony lasek w pobliżu nagle przestaje istnieć, bo właściciel terenu postanowił wykorzystać nowe przepisy…

Sednem życia jest zmiana. A po każdej zmianie coś za sobą zostawiamy.

Potrzebujemy czasu, żeby przeżyć po tym żałobę.

Jest nam smutno, odczuwamy ból.

Ten ból musi potrwać jakiś czas, jest zjawiskiem naturalnym. Czasem potrzebujemy wsparcia, ale jeśli jesteśmy względnie zdrowi, pozwalamy sobie przez to przejść.

Przestajemy się zajmować tym, co straciliśmy, zaczynamy się zajmować czymś innym.

Nie można ominąć procesu żałoby. Gdy ktoś próbuje usunąć związane z nim trudne emocje, to one wrócą. Często w postaci prawdziwej depresji.

 

Smutek to emocja bogata i głęboka

 

Sprawia, że czujemy się pełni życia mimo, że cierpimy (znasz to poczucie pełni, które pojawia się po obejrzeniu dobrego, choć bardzo smutnego filmu czy sztuki?).

Kiedy głęboko odczuwamy smutek, jesteśmy bardzo wrażliwi, bardzo delikatni. Bliżej nam do innych ludzi i lepiej rozumiemy ich cierpienie.

Mamy świadomość ciała i tego, co się dzieje wokół nas.

A jeśli człowiek próbuje odciąć się od tego uczucia, pozostaje w nim martwota, pustka, brak energii i autentycznych więzi emocjonalnych z innymi ludźmi. Odcina się od wszystkiego  ̶  łącznie z własnym ciałem.

 

Depresja to często pustka, nie smutek

 

Depresja to nicość. Pustka, w której nic nie rośnie i nic się nie zmienia.

Kiedy jest się w depresji często nie czuje się prawdziwego smutku. Depresja może wręcz służyć do tego, żeby smutku nie przeżywać.

Człowiek odcina się przy tym od całej reszty uczuć, a kiedy one zamierają, człowiek staje się w środku jakby martwy. Trudno się dziwić,  że nic mu się nie chce…

Można powiedzieć, że o różnicy decyduje to, czy człowiek „czuje się martwy” czy „żywy”.

Leczenie depresji to często skontaktowanie się z tymi mocnymi, żywymi uczuciami, które zostały wypchnięte: ze smutkiem, ze złością, z głębokimi potrzebami..

 

Boli. Ale przestanie

 

Dlatego pozwól sobie na przeżywanie smutku. Smutek nie oznacza słabości  ̶  oznacza, że jesteś pełna (pełen) życia.

 

smutek

 

Nie jest łatwo zaprzyjaźnić się ze smutkiem, ale kiedy to zrobimy, stajemy się zdrowsi, bardziej zintegrowani, bardziej współczujący i bardziej autentyczni.

Kiedy przestajemy walczyć ze smutkiem związanym ze stratą otwieramy się na najważniejszą lekcję, jakiej smutek może nas nauczyć  ̶  lekcję mówienia tak.

Mówienia tak zmianie  ̶  we wszystkich jej odsłonach.

Mówienia tak wzrostowi, rozwojowi.

Mówienia tak życiu…

 

 

 

Świadome oddychanie: energia, emocje i wewnętrzny spokój

Świadome oddychanie: energia, emocje i wewnętrzny spokój

Oddychasz?

Pamiętam, że kiedy zadano mi to pytanie po raz pierwszy spojrzałam zaskoczona i nieufna: no jasne, że oddycham. Każdy oddycha…

…. I wtedy zdałam sobie sprawę, że moja klatka piersiowa prawie się nie unosi.

Od tej chwili zaczęłam zwracać uwagę na to jak oddycham i moje zdziwienie rosło.

Zauważyłam, jak często wstrzymuję oddech.

Zauważyłam też, że mój oddech jest bardzo płytki. Kiedy próbowałam oddychać głębiej, traciłam rytm, a przykurczone mięśnie klatki piersiowej bolały.

Musiałam nauczyć się oddychać na nowo: przez rozciąganie przykurczonych mięśni, przez ruch pogłębiający oddech, przez uwalnianie emocji, poprzez świadome oddychanie… Nauczenie się głębokiego oddychania wymagało pracy.

Oddychasz? − teraz sama zadaję to pytanie. Bo wstrzymywanie oddechu i płytki oddech to problem częstszy niż by się wydawało..

 

A jak jest u ciebie? Oddychasz?

 

Prawo do bycia osobą realizuje się od naszego pierwszego oddechu. Jak silnie odczuwamy to prawo widać po tym, jak dobrze oddychamy. Gdybyśmy wszyscy oddychali w sposób naturalny jak zwierzęta, poziom naszej energii byłby wysoki i rzadko cierpielibyśmy na chroniczne zmęczenie i depresję. Jednakże większość ludzi z kręgu naszej kultury oddycha płytko i ma skłonność do wstrzymywania oddechu. Co gorsza, nie są nawet świadomi faktu, że mają problemy z oddychaniem.

Alexander Lowen

Masz czasem wrażenie, że twoja energia jest na poziomie niższym niż przeciętny? Trudno ci ogarnąć codzienne sprawy, nie masz siły i naprawdę nie rozumiesz, jak to możliwe, że inni radzą sobie z tym wszystkim, a ty nie?

Płytki oddech może być z tym bardzo związany.

Aleksander Lowen pisze, że oddychanie naturalne, czyli sposób, w jaki oddycha dziecko lub zwierzę angażuje całe ciało. I naładowuje całe ciało energią. Tlen to potężna życiowa siła, która zdolna jest sprawić, że martwa substancja, taka jak drewno, rozgorzeje płomieniem. Podobną właściwość ma tlen w organizmach żywych.

Kiedy wypełniasz powietrzem tylko górną część płuc to tak, jakbyś żywił się dajmy na to, tylko słonymi paluszkami…

Wstrzymując oddech wstrzymujesz życie…

 

Jak to się stało?

 

Nasze ciała są połączone z planetą w stałej rytmicznej wymianie − materia i energia przepływają w obie strony między naszymi organizmami i tym, co określamy jako “środowisko”. Ktoś kiedyś obliczył, że średnio co siedem lat wszystkie atomy naszego ciała wymieniają się i są zastępowane przez inne, z zewnątrz.

Jon Kabat-Zinn

 

Nie ma nic bardziej naturalnego niż oddychanie. Jak to możliwe, że coś, co odbywa się automatycznie, coś do czego nie musimy nawet używać świadomości może się ”popsuć”?

Jak wiele wzorców i nawyków, które dzisiaj nam przeszkadzają, ten również powstał w dzieciństwie i na początku miał nas chronić.

A przed czym może chronić wstrzymywanie oddechu?

 

Oddychać głęboko znaczy też głęboko odczuwać.

 

W takim razie, gdy nie oddychamy głęboko… odczuwamy mniej. Ograniczenie oddechu jest najprostszym sposobem stłumienia wszystkich uczuć: złości, lęku, rozpaczy…

Na przykład: bardzo małe dzieci często radzą sobie w ten sposób ze stratą.

Kiedy kontakt z matką zostanie zbyt wcześnie utracony dziecko uzbraja się przed tym bólem wstrzymując oddech i napinając mięśnie klatki piersiowej. Jeśli sytuacja trwa dłużej, to mięśnie po jakimś czasie się kurczą i blokują naturalną, spontaniczną ekspresję (jeśli jesteś z pokolenia, kiedy matki karmiły dzieci piersią przez 3 miesiące, a potem musiały wrócić do pracy, to bardzo prawdopodobne, że ten problem dotyczy cię w mniejszym lub większym stopniu).

Praca z takimi blokadami wymaga uruchomienia tych starych, zablokowanych emocji (zajmuje się tym m.in. psychoterapia Gestalt).

 

Świadome oddychanie

 

Nasze oddychanie ma też tę zaletę, że dzięki niemu łatwiej utrzymywać świadomość w codziennym życiu. Póki żyjemy, zawsze oddychamy. (…) Wsłuchanie się w oddech sprowadza nas do tu i teraz. Natychmiast zakotwicza naszą świadomość w ciele, w podstawowym, rytmicznym, nieustającym procesie życia.

Jon Kabat-Zinn

Kiedy uwalniamy oddech nie tylko zwiększa się poziom naszej energii i zwiększamy dostęp do naszych emocji.

Oddech może nam też posłużyć jako narzędzie do zwiększania równowagi umysłu. Skupienie uwagi na oddechu to niezwykle skuteczny sposób odnajdywania w sobie ośrodka spokoju.

Szczególnie relaksujące i uspokajające ćwiczenie to skupienie uwagi na odczuciach w brzuchu.

Brzuch jest “środkiem ciężkości” ciała, położonym o wiele niżej niż głowa i odbywająca się w niej gonitwa myśli. Kiedy oddychamy świadomie skupiając się na brzuchu, uruchamiamy przeponę − oddech jest wtedy głębszy i łatwiej go kontrolować (wykorzystują to śpiewacy operowi, tancerze i mistrzowie sztuk walki…).

Żeby potrenować oddychanie brzuchem możesz wykonać następujące ćwiczenie:

  • Połóż się na plecach, zamknij oczy i połóż rękę się na brzuchu. Postaraj się jak najbardziej rozluźnić brzuch
  • Skup uwagę na dłoni i poczuj, jak się porusza wraz z wdechami i wydechami. Ruch nie powinien być gwałtowny ani wymuszony, nie musi być też bardzo duży
  • Możesz sobie wyobrazić, że w brzuchu masz balon, który przy każdym wdechu delikatnie się wypełnia, a przy każdym wydechu uchodzi z niego powietrze

 

świadome oddychanie

Oddychanie i mindfulness

 

Uczucia przychodzą i odchodzą jak chmury na niebie podczas wietrznej pogody. Świadomy oddech jest moją kotwicą.

Thich Nhat Hanh

Świadome oddychanie to podstawa medytacji opartej na uważności − zawieszamy wtedy wszelkie czynności, przyjmujemy specjalną postawę i przez jakiś czas świadomie wykonujemy wdechy i wydechy. Umysł skupia się wtedy i uspokaja, mniej reaguje zarówno na nasze własne myśli, jak i sygnały z zewnątrz.

Drugi sposób ćwiczenia z wykorzystaniem oddechu to skupianie na nim uwagi od czasu do czasu w ciągu dnia, gdziekolwiek jesteśmy i cokolwiek robimy: w kolejce do kasy, podczas drogi na przystanek autobusowy, przed wykonaniem ważnego telefonu. W ten sposób fizyczne odprężenie, emocjonalny spokój i przychodząca wraz z nimi jasność umysłu zostaje wpleciona w naszą codzienność.

Oddychanie może stać się dla ciebie potężnym narzędziem, którego możesz zacząć używać już dziś. Wystarczy o nim pamiętać…

 

 

Tu i teraz − co robić, gdy jest trudno…

Tu i teraz − co robić, gdy jest trudno…

Łatwo przekonywać do tego, żeby być tu i teraz i odnajdywać bogactwo kryjące się w każdej chwili…. gdy ta chwila jest przyjemna.

(Jesz pierwsze prawdziwe, czerwcowe truskawki…
Pijesz gorącą kawę z kardamonem…
Pływasz w jeziorze w gorący lipcowy wieczór, słońce zachodzi i pachnie tak, jak powinno pachnieć powietrze latem: sosny, suszące się siano − żadnego smogu…
„Teraz” mogłoby trwać wiecznie).

Łatwo też przekonywać do tego, żeby wracać do tu i teraz, gdy robimy zwykłe, codzienne czynności. Sprzątanie, mycie naczyń, robienie zupy może wtedy dostarczyć zaskakująco dużo radości.

Trudniej przekonywać do tego, żeby być tu i teraz, gdy wcale nie jest tak dobrze…

 

Co, jeśli „tu i teraz” wcale nie jest przyjemne?

 

Co, jeśli każda komórka naszego ciała krzyczy: Nieee! Uciekaj!

Nie chcemy tego czuć, nie chcemy tego doświadczać.
Tak się boimy bólu, że w panice szukamy sposobu, żeby go zagłuszyć.
Włączyć telewizor?
Zjeść ciastko z kremem?
Może coś wziąć, wypić, zasnąć?
Żeby choć na chwilę oderwać się od tego, co wydaje się nieprzyjemne..

Czy wtedy też warto wracać do tu i teraz?

Czy warto w pełni przeżywać nieprzyjemne doświadczenia?

Uważam, że tak, chociaż wiem, że nie jest to takie proste…

Spróbujmy zbadać sprawę.

 

Po pierwsze:

 

1. Czy to, czego doświadczasz jest naprawdę “złe”, “nieprzyjemne”, “nudne”?

Sprawdź!

Zwykle całej rzeczywistości nadajemy etykietki:

To jest dobre, to jest złe.
Tego nie lubię.
Z tym nie chcę mieć nic wspólnego.
To mnie nie obchodzi.

Dzielimy rzeczy, ludzi, zjawiska, uczucia na te, które nam się podobają (na przykład lipcowy, ciepły wieczór) − wtedy chcemy je zagarnąć i utrzymać przy sobie jak najdłużej.

I na te, których nie chcemy i od razu odrzucamy (na przykład listopadowy, deszczowy poranek).

Całą resztę ignorujemy.

A rzeczywistość jest jaka jest. To my nadajemy jej cechy, które wydają nam się obiektywne.

Jeśli wejdziemy w deszczowy, listopadowy poranek z otwartym umysłem, bez uprzedzeń, bez z góry założonego ”jak ja nienawidzę wychodzić w jesienne, deszczowe dni takie jak ten”, doświadczenie może się okazać ciekawe, barwne i wcale nie nieprzyjemne..

Nie wierzysz?

A zdarzyło ci się wychodzić w paskudny deszczowy dzień, kiedy byłeś zakochany?

 

tu_i_teraz2

 

Po drugie:

 

2. Opór przynosi cierpienie

 

Może zdarzyło ci się kiedyś bardzo bać się jakiejś sytuacji.
I, ku twojej rozpaczy, najgorsze faktycznie się wydarzyło.

I wtedy… okazało się, że nie jest aż tak strasznie. W samym środku, w oku cyklonu, po prostu robiłeś to, co trzeba. Tak naprawdę dużo trudniejszy do zniesienia był wcześniejszy strach…

Podobnie jest z trudnymi, bolesnymi emocjami.

Tak naprawdę największy ból i cierpienie spowodowane są naszym oporem, walką z tym, co jest.
Tym, że tak bardzo tego nie chcemy.
I tym, że tak bardzo chcemy czegoś innego.

Nie zrozum mnie źle. Nie chodzi mi o pławienie się w cierpieniu. Nie chodzi o to, że mamy zaprzestać wysiłków, żeby zmienić niedobrą sytuację.

Chodzi o to, żeby kiedy już czujemy się źle, faktycznie skontaktować się z tym uczuciem. Poczuć energię emocji, nie tłumić jej za wszelką cenę.

Wtedy często ta energia wypala się i zmienia w coś innego. Tworzy się przestrzeń na zmianę.

 

3. Jak się z tym skontaktować?

 

Zazwyczaj trudno nam się skontaktować z uczuciem, bo jesteśmy całkowicie w naszej głowie. Zwłaszcza w trudnych momentach gonitwa myśli całkowicie nas pochłania.

To rozkręca emocję jeszcze bardziej, ale wcale nie pomaga w pełni doświadczyć jej energii.

Sztuka w tym, żeby poczuć emocję, nie rozkręcając historii, która jej towarzyszy.

Tego: Jak on mi mógł to zrobić….
Nie dam rady…
Kiedy ją spotkam powiem jej , że…

Tak, wiem, że to trudne. Zwłaszcza jeśli zdarzy nam się coś naprawdę ciężkiego, historia oplata nas jak wąż dusiciel − nie sposób się jej pozbyć. Ciągle od nowa powracają te same teksty, te same dialogi, ciągle manifestowana jest ta sama krzywda… Tak jakby powtarzanie jej w myślach mogło przynieść ulgę. Oczywiście nie przynosi…

Dlatego warto zacząć trenować na łatwiejszych przypadkach.

 

Jak to zrobić?

Kiedy czujesz dyskomfort, skoncentruj się na uczuciu. Na tym, gdzie odczuwasz je w ciele.
W jaki sposób je odczuwasz.
Zauważ myśli, jakie się pojawiają i wróć z powrotem do doznań z ciała, do energii emocji.
Przyjmij je, zamiast z nimi walczyć.

To, o dziwo często pomaga…

 

4. Akceptowanie tego, co jest

 

Akceptacja. To słowo, które budzi w tym kontekście kontrowersje.
Bo jak można zaakceptować coś, co jest bolesne?

Ale spójrzmy jaki mamy wybór…

Opcja numer dwa to ucieczka. Nic właściwie nie zmienia. Ucieczka od emocji to ich tłumienie − wtedy schodzą do podziemia i stamtąd sabotują nasze życie. Albo odreagowanie − często nieadekwatne, niechciane, niekontrolowane.

Opcja numer trzy to walka.

Na pozór brzmi bardziej atrakcyjnie.
Mówi się przecież „walka z chorobą”, „walka ze swoją słabością”.
Wszystko to, co w nas niechciane mamy „pokonać”.

Ale walka zazwyczaj wzmacnia to, z czym walczymy. Wkładamy w walkę mnóstwo energii, a ona, o dziwo wydaje się zasilać również naszego „przeciwnika”.

Czasem się udaje. Wygrywamy. Ale za jaka cenę?

Często ceną jest zduszenie w sobie, czegoś, co bardzo chce się wydobyć. Jakaś część nas zostaje odcięta. Nie znika − po prostu zostaje zepchnięta “do piwnicy”…

Tak naprawdę to akceptacja jest punktem wyjścia do zmiany.

W psychoterapii ma to nawet swoją nazwę: “paradoksalna teoria zmiany”.

Bo to zaskakujący paradoks, że żeby naprawdę coś zmienić, wcześniej trzeba zaakceptować to, co jest TERAZ….

 

………………………………………………..

W powietrzu czuć już wiosnę:) Jeśli jesteś jesteś kobietą, jesteś z Krakowa i chciałabyś w tym  niezwykłym czasie być częściej tu i teraz, zapraszam Cię na cykl 4 spotkań z psychologią kontemplatywną. Będzie medytacja oparta na uważności, autentyczna komunikacja, mindfulness w działaniu, compassion (współczucie/współodczuwanie) − wobec siebie i innych. Tu można się zapisać>> 

 

 

 

Nie próbuj pokochać siebie (zbyt szybko)

Nie próbuj pokochać siebie (zbyt szybko)

Nie próbuj pokochać siebie… zbyt szybko.

………..

Usłyszałam kiedyś takie zdanie:

“Wiesz, czułem się wtedy jak mały Fiat, któremu włożono silnik Ferrari”.

Słowom tym towarzyszył ogromny smutek związany z utratą tego poczucia.
Ból, tęsknota, zgryzota…

Pomyślałam: “Najpierw trzeba by pokochać małego Fiata…”

Ale czy ktoś, kto zakosztował mocy silnika Ferrari łatwo się przestawi na jazdę z kompromitującym łoskotem i prozaiczną prędkością 80 km/h?

Silnik Ferrari

 

Nosimy w sobie idealną wersję samych siebie. Ona czasem dochodzi do głosu - zwykle w sprzyjających okolicznościach. To ten stan, kiedy coś nam się wyjątkowo uda, albo kiedy jesteśmy zakochani.

Wtedy w końcu jesteśmy tacy, jak zawsze chcieliśmy być.

Silni i zarazem wrażliwi. Dobrzy, ale nie naiwni. Rozsądni, ale z fantazją. Reagujący zawsze we właściwy, błyskotliwy i rezolutny sposób. Wspaniałomyślni i szczodrzy… Charakteryzujący się inteligentnym poczuciem humoru…

Wreszcie spełniamy nasze własne wyśrubowane oczekiwania.

Niestety najczęściej, gdy sytuacja się zmienia, nasz “idealny ja” więdnie i chowa się speszony. Uzależniony jest od specyficznych, cieplarnianych warunków.

A my znów pozostajemy pełni wątpliwości niepokojów. Bardzo sobą rozczarowani.

Czy można pokochać małego Fiata?

 

Obawiam się, że powiedzenie sobie wtedy po prostu “pokochaj siebie” może, oględnie mówiąc, nie zadziałać.

Nawet jeśli zbierzemy sporo rzeczowych argumentów (że małe Fiaty są urocze i stają się oryginalne, że przywołują czułe wspomnienia, że ładnie wpisują się w krajobraz polskich lasów i łąk).

Wszystko to blednie wobec koronnego argumentu: maluch to nie Ferrari…

Dlatego nie spiesz się. Zamiast zmuszać się do pokochania

Spróbuj najpierw siebie poznać

Pierwszym krokiem jest ciekawość.

 Przyglądasz się sobie z ciekawością, otwartością i odrobiną czułości. Starasz się zrozumieć.

Nie oceniasz, nie krytykujesz.

Patrzysz na siebie jak na interesujący, choć może trochę kontrowersyjny obraz stworzony przez przyjaciela (te słowa zostały pogrubione nie przypadkiem).

Zauważasz odczucia i myśli, które się pojawiają.

Na przykład:
“Kiedy ktoś mnie skrytykuje czuję się jakby coś mnie chwytało za gardło, a w klatce piersiowej mam ciężar… Myślę: idiotka ze mnie.. ”

Możesz zbadać, jak na ciebie wpływają słowa, które sobie powtarzasz w myślach

Możesz wypróbować jakieś inne (zgodnie z maksymą: ”uważaj jak do siebie mówisz, TY tego słuchasz”).

Możesz zastanowić się w jakich sytuacjach takie odczucie się powtarza.

Może pamiętasz przy kim tak się czułeś kiedyś w przeszłości?

 

Ze świadomością przychodzi zmiana

 

Zaczynamy zauważać swoje nawykowe działania, automatyczne reakcje, które już nam nie służą.

“A, to ja tak mam!”

Niektóre nasze nasze reakcje zaczynają się zmieniać (niektóre zostaną - czasem samo zrozumienie nie wystarczy i być może trzeba nad czymś popracować głębiej).

Stajemy się bardziej autentyczni.

I wtedy może się zdarzyć zabawna rzecz.

Możemy coraz częściej odkrywać, że silnik Ferrari cały czas jest pod maską. Może trzeba po prostu przeczyścić styki, zmienić olej…

I pojedziemy dalej w najlepszej możliwej wersji siebie.

 

freestyle

 

“Jeśli pragnę się zmienić, to pozostając sobą, sobą inaczej, a nie stając się kimś innym niż ja sam”.

Paradoksalna teoria zmiany, Arnold Beisser

“Nie musimy niczego zdobywać. Wszystko, czego potrzebujemy, wszystkie siły i możliwości mamy już w sobie, od zawsze. Trzeba je tylko odkryć.”

Wojciech Eichelberger

Po co jemy? 9 nieoczywistych potrzeb, które zaspokajamy za pomocą jedzenia.

Po co jemy? 9 nieoczywistych potrzeb, które zaspokajamy za pomocą jedzenia.

Po co jemy?

 

Odpowiedź może wydawać się prosta:
Jemy po to, żeby dostarczyć ciału energii.

“Bierzemy jedzenie do ust, a ono, dzięki alchemii trawienia oddaje nam skumulowaną w nim energię życia, energię Wszechświata i przekształca się w nasze ciało.” (W. Eichelberger)

Piękne, prawda?
Mówi się na to: magia życia.

Gdybyśmy jedli tylko po to, żeby przekształcić energię Wszechświata w nasze ciało, jedzenie na pewno nie byłoby problemem.
A jednak tak wielu z nas tworzy z jedzeniem związek trudny i skomplikowany.

Nic dziwnego: zaspokajamy za pomocą jedzenia bardzo wiele innych potrzeb.

Dziś piszę o niektórych z nich.

 

CIAŁO

 

Nawet gdy jedzenia domaga się twoje ciało, nie jest jeszcze wcale pewne, że chodzi tu o głód fizyczny. Może tak naprawdę chodzi o…

 

3

 

1. Seks

 

Kiedyś przeczytałam zdanie, które zapadło mi w pamięć: ”Słodycze to seks starych ludzi”. Cóż, wielu z nas, i to całkiem nie starych, również ma w życiu momenty, kiedy słodycze stają się bardziej dostępne niż seks (i w końcu też można zaliczyć je do kategorii: “zmysłowość”).

Przyjemność płynąca z jedzenia może nam zastępować przyjemności płynącą z seksu.

A czasem bywa odwrotnie: jemy za dużo i przybieramy na wadze po to, żeby zniechęcać do siebie potencjalnych partnerów (taki mechanizm często nieświadomie rozwijany jest przez osoby, które stały się obiektami nadużyć).

 

2. Sen

 

Wydawałoby się, że to powiązanie bardziej odległe, ale nie doceniamy wagi procesów chemicznych zachodzących w naszych ciałach.

Wiele badań wiąże niedosypianie z nadwagą. Poziom leptyny – hormonu, który informuje mózg, że już wystarczająco dużo zjedliśmy jest niższy u osób, które się nie wyspały. Za to poziom greliny, która z kolei stymuluje apetyt, jest wyższy.

Niedosypianie powoduje, że jemy więcej.

 

EMOCJE

 

W labiryntach  emocji czujemy się czasem zagubieni. Często w ogóle nie chcemy w nie wkraczać, bo podejrzewamy, że mogłoby zrobić się niebezpiecznie. Wtedy z pomocą przychodzi jedzenie…

 

pexels-photo

 

3. Zagłuszanie niewygodnych emocji

 

Często wygląda to tak: czujemy coś, co nam się nie podoba. Nieokreślone napięcie, dyskomfort, brak. Nie do końca wiemy, co to jest i tak naprawdę nie chcemy w to wnikać. Wolimy od razu je uciszyć. Bo często są to potrzeby i stany, których nie akceptujemy. Agresja, poczucie zagrożenia, tęsknota… Jedzenie pomaga je zagłuszyć, staje się zewnętrznym źródłem chwilowego dobrego samopoczucia.

Naszym najłatwiej dostępnym narkotykiem.

Zagłuszanie niewygodnych emocji to jeden ze sposobów na…

4. Odzyskanie poczucie bezpieczeństwa

 

Czujemy to zwłaszcza w sytuacjach stresowych, kiedy za wszelką cenę próbujemy ukoić niepokój.

Często też kiedy przechodzimy na dietę, czy postanawiamy kupować produkty w tylko w eco-sklepie mamy poczucie, że odzyskujemy kontrolę nad naszym życiem.

Znacie może to pokrzepiające uczucie, kiedy np. postanawiamy robić sobie codziennie rano smoothie z zielonej pietruszki, selera naciowego i ogórka? Przez chwilę wydaje się, że uchronimy się w ten sposób od wszelkich możliwych problemów ze zdrowiem, spadkiem energii, depresją…

 

avocado-food-kitchen-4861

 

Bywa też, że wykorzystujemy jedzenie, żeby przed życiem zupełnie się schować.

“Ciepła kołderka tłuszczu zakrywa nielubiane ciała, oddziela od gniewu, seksualnych tęsknot i innych nieakceptowanych uczuć. Nadmiar tkanki tłuszczowej tworzy zastępczą granicę między nami a światem, stwarza złudne poczucie bezpieczeństwa.” (W. Eichelberger)

To prowadzi nas prosto do następnej nieoczywistej funkcji, jaka może pełnić jedzenie:

 

5. Agresja wobec siebie

 

Jeśli się nie akceptujemy jedzenie może stać się aktem autoagresji. Głodzimy się wtedy, albo objadamy, stosujemy restrykcyjne diety lub wpadamy w ortoreksję (obsesję na punkcie zdrowego jedzenia).

Lżejszą formą agresji jest nasze częste obwinianie i besztanie się za to, co zjedliśmy, albo czego nie zjedliśmy. To jeden z licznych sposobów, w jaki karzemy się za to, że nie jesteśmy tacy, jak wyidealizowany model siebie, który przechowujemy w wyobraźni.

I do którego oczywiście nigdy nie dorastamy.

 

6. Potrzeba miłości

 

Ciepło, bliskość kojarzą nam się z jedzeniem. Od naszych początków, kiedy miłość była związana z niewyobrażalnym szczęściem bycia przy piersi mamy. I później, kiedy uspokajano nas czekoladką, brano w nagrodę na lody, smażono nam ulubione naleśniki. Wspólne jedzenie posiłków kojarzy się z rodziną, domem. Karmieniem siebie. Dlatego, kiedy czujemy się samotni, jedzenie staje się substytutem więzi i sposobem na poradzenie sobie z samotnością.

A czasem tę więź zastępuje.

 

4

 

UMYSŁ

 

7. Poczucie tożsamości

 

Ciągle próbujemy jakoś siebie zdefiniować, wyróżnić się z tła, upodobnić do jakiejś “naszej” grupy (i zarazem odróżnić od “innej”grupy). Sposób jedzenia nadaje się do tego celu równie dobrze, jak sposób ubierania.

U dzieci bardzo wyraźnie widać, jak przebiega ten proces: podczas gdy dwulatek zjada wszystko, przedszkolak zaczyna już bardzo wyraźnie wiedzieć, co lubi, a czego nienawidzi. (Nienawidzę barszczu czerwonego – Ja też - błysk porozumienia w oczach: jesteśmy w jednej drużynie).

 

Bywa, że w ten sposób budujemy swój lepszy obraz we własnych oczach (“Robię zakupy tylko w Almie…”).

 

8. Twórczość

 

Gotowanie i podawanie jedzenia może dawać nam to, co działalność artystyczna - prawdziwą radość tworzenia. Eksperymentujemy, łączymy smaki, kolory, to, co ląduje na talerzu wygląda jak dzieło sztuki. Karmimy żywą, twórczą iskrę w nas.

9. Poczucie braku

 

Możemy traktować jedzenie jak kompres na poczucie braku.

Czasem wpadamy w stan umysłu, który po angielsku nosi nazwę Poverty Mind. Skupiamy się wtedy na tym, że mamy za mało, że jesteśmy niewystarczający, że wszystko powinno wyglądać inaczej niż jest. Czujemy pustkę, którą za wszelką cenę staramy się zapełnić.

Pragniemy pocieszenia, chcemy sobie dogodzić. Uważamy, że nam się należy - życie nas nie rozpieszcza, więc postanawiamy trochę porozpieszczać się sami: ciasteczkiem, czekoladką, lasagną i bitą śmietaną.

 

5

…………..

Potrzeby mogą być różne a jedzenie, przez swoją łatwą dostępność i dużą skuteczność w szybkim poprawianiu nastroju zastępuje, albo zagłusza to, czego naprawdę pragniemy. Warto te potrzeby rozpoznać i świadomie wybierać sposób, w jaki chcemy je zaspokoić. Mechaniczne sięganie po “coś dobrego” może prowadzić nie tylko do tego, że ważymy więcej, niż chcemy, ale i do uśpienia tego, co do nas woła z głębi naszych ciał i umysłów.

A uśpienie zawsze powoduje, że nasze życie staje się niepełne.

 

P.S.O potrzebach i świadomości rozmawiać będziemy też na warsztatach w Katowicach i Krakowie

Jak nie zajadać emocji? Świadome gotowanie, uważne jedzenie. Warsztat łączący praktyczne gotowanie według 5 przemian z praktyką uważności.

 

warsztat_home

 

 

 

Wewnętrzny Sabotażysta

Wewnętrzny Sabotażysta

Chcę się zamknąć, skulić, głowę wsadzić w koc.

Jeść ciastka z kremem, żeby się ukoić (w takich momentach uważam, że należą mi się ciastka, grzanki i gorąca czekolada).

Patrzę w lustro bez cienia współczucia - bardzo nie dorastam do swoich wyobrażeń. Komuś takiemu można tylko dokopać jeszcze bardziej. Zasługuje na to.

Wystarczy pokochać siebie.

Kogoś, kto spróbowałby mnie wesprzeć takim zdaniem chętnie kopnęłabym w kostkę.

Też to znasz?

Nazywam to Wściekłym atakiem Wewnętrznego Sabotażysty.

Poznałam Wewnętrznego Sabotażystę dawno temu. Pojawiał się w moim życiu co jakiś czas i gładko rozkładał mnie na łopatki.

Szukałam więc sposobów, jak go podejść. Załatwić. Wykończyć.

Znalazłam jednak coś trochę innego.

Chciałabym się tym dzisiaj z Tobą podzielić.

1. Medytacja

 

No tak, ja znowu o tym samym;)

Wcale jednak nie chcę przekonywać cię o tym, że medytacja jest magicznym lekiem na niechciane emocje. Wcale nie sprawia, że nagle przepełnia nas błogi spokój, wokół fruwają tęczowe motyle a z nasza twarz promienieje szlachetnym blaskiem.

Ale.

Ja dzięki medytacji nauczyłam się m.in. że ani moje myśli, ani moje emocje nie są MNĄ. Przychodzą i odchodzą. Są jak pogoda w kwietniu. Czasem słońce, czasem deszcz, a czasem po prostu zima zła. Ale gdzieś tam w górze, ponad chmurami, zawsze świeci słońce. I można do niego dotrzeć.

 

saBOTQA2

 

2. Łagodność wobec siebie

 

To jest trudniejsza część (choć wiąże się z poprzednią).

Przez wiele lat uczestniczyłam w warsztatach, słuchałam nauk, czytałam mądre książki.
Wszędzie mówiono, że trzeba pokochać siebie. Obdarzać się miłością, szacunkiem…
Kiwałam głową, uśmiechałam się i byłam przekonana, że mam to już załatwione.

Do momentu, kiedy w moim życiu nie wydarzył się prawdziwy kryzys. Poczułam wtedy, że ta moja przyjaźń wobec siebie to lipa. Atrapa, która przy byle okazji rozpada się z łomotem spróchniałych desek.

Postanowiłam się przyjrzeć temu dogłębnie w trakcie terapii. Wtedy zdałam sobie sprawę, że sama się okłamuję. Że pod tą lukrowaną powłoką… ja tak naprawdę nie lubię siebie. Bardzo.

Wielką rzeką wypłynął ze mnie smutek.

A potem pojawiła się tkliwość i delikatność. Ciepło i współczucie.

Dopiero wtedy zrozumiałam naprawdę, o co chodzi w tych naukach.
(Zrozumiałam, ale nie głową: poczułam się jak Kaj, któremu roztopił się sopel w sercu).

Ataki Wewnętrznego Sabotażysty nie ustały, ale stały się rzadsze.

I zyskałam potężnego sprzymierzeńca.

Wiesz, jak to jest mieć takiego sprzymierzeńca?

To trochę tak, jakbyś toczył(a) walkę na pięści z przeciwnikiem, górującym nad tobą masą i innymi parametrami. I na dodatek nie walczącym czysto. Ale kiedy po morderczej rundzie schodzisz do narożnika, jest tam dobry trener: twoja troskliwa, opiekuńcza część. Ociera ci z czoła krew i pot, z pasją szepcze do ucha słowa pociechy i wsparcia i zagrzewa do następnej rundy.

3. Zaprzyjaźnić się z Sabotażystą

Pierwszy krok to świadomość, drugi to akceptacja.
Nathaniel Branden

 

Teraz, po latach pracy nad sobą, wiem jeszcze jedną bardzo ważną rzecz: walka nie jest najlepszym sposobem postępowania z Wewnętrznym Sabotażystą.

Następny, bardzo ważny krok to wsłuchanie się w ten prastary ból. Zobaczenie go ze wszystkich stron. Obwąchanie. Poznanie. Czasem to poznawanie może być dłuższym procesem, który można odbyć z towarzyszeniem terapeuty. Pomóc może zastosowanie pracy takiej, jak opisuje Allione Tsultrim w książce Nakarmić swoje demony (przedstawia tam starą, buddyjską praktykę, którą łączy z metodami zachodniej psychoterapii).  

A potem może się uda objąć łagodnie i tkliwie także tego starego, znienawidzonego wroga.

 

 

*Uwaga: to może być depresja! Jeśli takie stany trwają dłużej, warto poszukać pomocy.

 

fot: Jem Yoshioka

 

 

 

Pin It on Pinterest